września 17, 2020

zasiedzeniowcy (dworcowi)

Biegną.

Idą w szaleńczym tempie, targając na swoich plecach nierzadko ciężkie torby, jak kule u nogi. Pogoda nie rozpieszcza i tym bardziej wszystko wydaje się cięższe, bardziej złośliwe dla wszystkich podróżujących.

Problem z rezerwacją jest taki, że w wagonach nie ma miejsc, które wydrukowane są na ściskanym w ręce bilecie. Miętosi się go i gna do konduktora, a potem do swojego przedziału. Walczy się z ciężarami nocy letniej, a potem ze swoimi tobołami, dzielnie pokonując kolejne kafelki ukończonych gonitw.

Dla rowerów często nie ma miejsca, przekładamy więc ułatwienie życia bądź nasze nawyki na później, koczując na odpowiedni moment. W końcu się udaje o siódmej nad ranem. Błogosławiony moment. Bierzemy metalową ramę przejechanych kilometrów z wplecionymi momentami włosów targanych przez bezwzględny wiatr.
Zasłaniamy oczy, będąc przy tym znużonymi przez liżące płomienie, skaczące po nagich ramionach i udach. Płyniemy, dryfujemy, rozpływamy się w tym, co ludzie nazywają pięknym okresem bez zimnego oddechu. Budzimy się gdzie indziej, nierzadko w sterylnym miejscu na zimnym stole bieli.

I znowu ciężar płaszczu. Wędrujemy po schodach, po sylwetkach anonimowych przechodniów. Wraz z pytaniem, gdzie się podziały tamte prywatki, można się zastanowić, gdzie się podziali tamci pomocnicy. Jeden pyta smartphona: “Spotkamy się?”

Kolejny: “Będę za 3 godziny w Krk, szykuj mielone.”


Trzeci rozmyśla nad widokiem kibici pewnej damy, która na portalu wydaje się być smacznym kąskiem. W sam raz na niedzielę.


Nie widzą, że dwie posiadaczki pudełkowej diety ubrań w ręce, próbują przejść zwinnie jak wiewiórki między falami zastałej internetowości. Że próbują jakoś pokonać przeszkody i dostać się na sam dół.

Cicho wszędzie, głucho wszędzie.

Brak komentarzy: