lipca 25, 2020
studia zdalne w reżimie sanitarnym
Dla większości studentów nastał wakacyjny czas. Czas na małe podsumowanie. Czy zdalne studiowanie z perspektywy czasu było takie straszne?
Czas wielkich zmian
Marzec, można by powiedzieć miesiąc wielkich zmian. Czas przeraźliwie czystych szyb i wyborowej. Naszła mnie taka refleksja, gdy byłam w sklepie, a najbardziej oblegany regał był właśnie z wódką. Pamiętam, jak biegłam do Nowych Horyzontów we Wrocławiu na seans z cyklu Akademii Kina Światowego. Okazało się, że wszystkie repertuary są odwołane. Najgorsza wiadomość w tym dniu! Wieczorem chyba ze smutku pojechałam do rodzinnego miasta, bo skoro na uczelni żadnych zajęć, to co tu robić?
Przeskok był ogromny. Trzeba było przyzwyczaić się do innego tempa, innego sposobu albo pseudosposobu studiowania. Czy było tak źle? I tak i nie. Na początku towarzyszyła nam studentom taryfa ulgowa. Wszystko na spokojnie. W końcu wszyscy zaczęli na porządnie korzystać ze swojego maila, ale tak mocno i często, że nawet wybudzonym ze snu recytowałoby się jego adres.
Studiowanie kulturoznawstwa łączy się z czytaniem ogromnej ilości tekstów, a potem omawianiem ich problematyki. Jeśli ktoś nie przepada za tego typu nauką, nienawidzi internetowej komunikacji, pisania ogromnej ilości prac zaliczeniowych i esejów, to mógłby siarczyście przekląć jakiekolwiek studiowanie. Tak a na pewno podobnie wyglądało to wszędzie, więc jeśli ktoś kierował się wiarą w lepsze jutro, to trzeba było się spiąć i pisać. Misternie wręcz klepało w klawiaturę, by stworzyć dzieło godne Uniwersytetu, przy okazji takie, które zostałoby w głowie. Dlatego rozumiem tych, którzy lubić tego nie robią. Ja sama mam jakąś dziwną awersję teraz do beletrystyki...
Jak wyglądały wykłady i ćwiczenia?
Zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy na swoich kierunkach ma stricte ćwiczeniówki i konwersatoria, bo niektórzy tylko większość wykładów, gdzie grzecznie słuchają. Moje studia stawały się praktyczne, ale szlag je trafił i został wprowadzony nowy tryb w obostrzeniach COVID-19. W każdym razie forma zajęć obejmowała zdalne zajęcia na platformach internetowych typu Skype czy Teams. Wykłady odbywały się “standardowo”, gorzej było z ćwiczeniami, ale na portalach jest wiele ciekawych funkcji, z których można korzystać i zgłaszać swoją chęć aktywności. Dla wykładowców pewnie była to mniej komfortowa sytuacja, bo praktycznie mówili do studentów, nie mając z nim werbalnego kontaktu i mając nadzieję, że ten semestr coś im da. Chyba jednak "dał", skoro sesja zdana.
Przede wszystkim najważniejszy był kontakt mailowy z wykładowcami. Wysyłali tam swoje uwagi, zapytania, dygresje i sylabusy. Ponadto formułowali na bieżąco tok zajęć, zadając prace do napisania, które mocno ingerowały w pobudkę szarych komórek. Nie da się ukryć, że koronawirus słodko ululał je do snu. Nie wiem, czy u każdego, ale wydaję mi się, że miał spory zasięg.
Na Internety ludzie nie są gotowi
A na pewno nie wszyscy. Mowa nie tylko o nauczycielach akademickich, ale o młodych umysłach, które spędzały pół dnia, słuchając wykładów, a potem pracując na własne konto. Samodzielna praca przede wszystkim i to był moment jej chwały. Nie moment szkolnictwa, ale samodzielności, która objawiała się w przeróżnych stopniach. Bardzo różnych…
Kryzysy także bywały. Nie chciało się, bo jednak inny tryb studiowania wymagał większego nakładu pracy i konsultacja face to face z profesorami nie była możliwa. Niektóre przedmioty wiele na tym traciły. Zwłaszcza jeśli chodzi o konwersatoryjny urok.
Każdy musiał dać sobie czas, rezerwę tlenu także, gdy coś się nie udawało. Chyba nikt nie chciał zostać zdechłą rybą...
Czy udało się dobrze zdać sesję w semestrze letnim?
Nie byłam pewna, czy zdam egzaminy, ale starałam się pracować systematycznie i robić wszystko na bieżąco, by w mojej makówce zbytnio się nie pomieszało. I udało się. O wiele ciężej mi się pracowało, przede wszystkim dlatego, że o wiele dłużej zajmowało mi przerabianie tekstów naukowych i sporządzanie na ich temat jakiś sensownych prac. Mogliśmy (studenci) pytać o wszystko mailowo, ale jednak to nie to samo. Zazwyczaj deadline’y były płynne i nie było problemu z podesłaniem czegoś kilka godzin/ dni później.
Systematyczność była przydatna, bo było sporo do napisania i wysłania. Jeśli chodzi o ilość, to wydaje mi się, że była bardziej obciążająca mimo pracy w domu. Nie był to komfortowy czas dla nikogo chyba, więc to sukces, że udało się dotrwać do egzaminów i zdać je na zadowalającym poziomie.
Egzaminy miały miejsce na platformach internetowych, jak i drogą mailową. Wszystko zależało od prowadzącego. Miałam jeszcze dwa testy online. Ich wadą było to, że na każde pytanie przypadał określony czas. Zazwyczaj za krótki, by spokojnie się zastanowić i odpowiedzieć na pytania, a nie strzelać jak z miecza świetlnego. Testy wielokrotnego wyboru wcale nie muszą być łatwiejsze. Nie mówię, że studiowanie na uczelni jest bezsensowne, ale ten semestr bez wątpienia był przedziwny.
Los bywa przewrotny i spowodował, że najlepiej poszły mi przedmioty, na które długo się przygotowywałam i finalnie improwizowałam. Z doświadczenia wiem już, że sesja zdalna z teoretycznych wykładów wypada o wiele gorzej. Byłam rozczarowana, ale to uczucie szybko minęło, bo fakt, iż wrzesień jest całkowicie wolny, dało wielką ulgę.
Skutki studiowania w semestrze letnim w 2020 roku
Minusy:
- brak bezpośredniego kontaktu ze znajomymi z roku
- zwiększona liczba godzin pracy, zwłaszcza przy komputerze. Sięgała ona około 10 godzin dziennie (u mnie)
- "wyścig szczurów" i totalny brak tolerancji wobec zdania innych (studiuję dziennie)
- wiele bardzo fajnych osób zrezygnowało ze studiów przez taki tryb
Plusy:
- wygoda*, bo praca w domu
- możliwość indywidualnego wykazania się na polu kreatywności
- udział w świetnym performensie multimedialnym
Jak widać, pejoratywny wydźwięk odbija się głośnym echem. Jednak nie był to najgorszy czas, bo na spokojnie mogłam skupić się na swojej pracy. Ode mnie zależało czy czegoś się nauczę, a było czego! Niesamowicie ciekawych rzeczy się dowiedziałam i mam nadzieję, że jeszcze będę miała okazję zbliżyć sobie temat semiologii czy historii muzyki. To zdecydowanie poszerzyło moje horyzonty i sprawiło, że nie miałam tak wielkiego poczucia zmarnowanego czasu. Mimo wszystko.
Nie wiadomo, jak będzie wyglądać kolejny rok. Czy polecam studiować w takim trybie?
Jeśli ktoś chce pójść na studia myślę, że warto będzie spróbować. To nie jest najlepszy sposób na naukę, ale jest to jakaś metoda podczas pandemii. Studia są w końcu nieobowiązkowe i można z nich zrezygnować, bo oczekiwania mogą najzwyczajniej w świecie rozczarować. Studia są przede wszystkim po to, by metodą prób i błędów zdecydować, w jaką stronę chcemy pójść. Oczywiście mają nas przygotować do aktywności na rynku pracy i mam nadzieję, że tak będzie. Nadal liczę na to, że w końcu uda się kształcić w normalnych warunkach i czerpać z tego korzyści, że będzie w tym wszystkim więcej frajdy. Choćby na sam fakt, że można z kimś pójść na kawkę i pogadać na temat mitu autorstwa Barthesa czy o czymkolwiek innym.
Powodzenia w wyborach! Nie zawsze będą łatwe, ale decyzje trzeba podjąć. Najlepiej przez nas samych!
[W rolach głównych: ja i mój komputer]
Paula
