sierpnia 10, 2020
serial o psychopacie, którego polubisz
Miłego dnia! Czy tylko dnia? Joe Goldberg (Penn Badgley) jest księgarzem, sprzedawcą w księgarni pełnej kurzu w iście wyrafinowanej poświacie brązu. Stwarza ona klimat typowy dla nerdowego świata, gdzie literackie postaci, jak hrabia Monte Christo jest niezwykłym przykładem na to, że warto czekać wiele lat, by się zemścić. Taka aura wita klientów, zapraszając do innego świata, gdzie z pewnością każdy, kto tam wejdzie, zostanie dobrze obsłużony. Na pewno zauważony przez dwoje bacznie obserwujących oczu. Nie da się ukryć, że ich właściciel nie poskąpi małej analizy. Tak właśnie wkracza do akcji. ... i od tego wszystko się zaczyna. Początek narracji skupia się na wprowadzeniu do prawdziwej obsesji Joe (Penn Badgley). O jej nasyceniu dowiadujemy się trochę później, ale gdy nadchodzi jej przerost, akceptujemy to dzięki wadom bohaterów mu towarzyszących. Jego strzał zainteresowania pada na dziewczynę ze snów, która faktycznie tą dziewczyną się staje. Trzeba przyznać, że wyśnione miłości w przypadku Joe dochodzą do skutku, ale żeby nie było idealnie, wszystko pada się jak domino, bo nikt nawet najbardziej wyrafinowany sprawca, nie jest w stanie ułożyć planu idealnego. Zawsze coś przeoczy, ale niekoniecznie przez czyste jak łza niedopatrzenie. Winą obarczyć można zadurzenie, a w wypadku miłośnika literatury obsesję pierwszej klasy. Goldberg jawi się widzom jako poukładany i uroczy facet. Kocha książki i nosa z nich nie wyściubia. No prawie. Prawdziwego Joe’a poznajemy, zwłaszcza gdy kieruje się troską. Co prawda sama nie przepadam za sylwetką Penna Badgleya już od czasów szkolnej elity z Upper East Side, ale starałam się zagłuszyć moją niechęć, ze względu na to, że jest czysto fizyczna. I udało się dzięki jego staraniom. Można uwierzyć w to, co on głęboko pokłada nadzieję. Można w pewnym stopniu zacząć myśleć podobnie. Cofamy się, czy idziemy do przodu? To pytanie nieustannie towarzyszy bohaterom “You” skupia się przede wszystkim na etapach zawiązywanych relacji pomiędzy bohaterami złamanymi przez los. Każdy z nich ma za sobą spory bagaż doświadczeń, przez co ciężko im zaufać w dobre zakończenia i w ogóle w siebie, w stałość związków. Na początku wszystko się układa, ale im dłużej Joe i jego dziewczyna Beck (Elizabeth Lail) są razem, coś zaczyna zgrzytać. To tak jakby nie mogli być razem, mimo że są siebie warci. Joe w każdym razie w stanie jest dla miłości zrobić wiele. Naprawdę wiele i zdecydowanie za dużo. Beck, a właściwie Guinevere Beck, budzi sprzeczne emocje. Może to przez tej jej maniery słodkiej dziewczynki z daddy issues. Na początku jej sylwetka wydaje się niezwykle interesująca, w końcu jest piękną pisarką, która tylko źle wybiera w życiu. Bywały chwile, gdy całkowicie utożsamiałam się z nią i czułam się przez chwilę, gdybym to ja grała w tym serialu. I to chyba przemówiło ostatecznie za tym, że dało się ją lubić. Bo kto nie chciałby mieć super chaty w drogiej dzielnicy, fajnych ubrań, dawać lekcji jogi i zawodowo przejmować się tylko tym, że nie ma się weny. Ci, co tworzą sami wiedzą, jaką podłością potrafi być brak inwencji twórczej. W tym można się zgodzić i wręcz współodczuwać. Poza tym ciężko dojrzeć to, co widzi Joe. Miłość zaślepia. Zwłaszcza uczucie toksyczne. Bycie z Beck wcale nie zakładało dobrego scenariusza, a złych z reguły ludzie unikają jak ognia. Pewne jest, że była oszustką własnych pragnień i nie potrafiła sprecyzować, czego chce. Często tak bywa, ale w jej przypadku to było nieustanne. Męczyło to na ekranie niezmiernie i aż chciało się zasabotować jej wszystkie działania. Jej niepewność objawiała się na wielu polach, szczególnie na tym z Joe’m. Emocjonalna sinusoida była niejako motywem przewodnim i to dzięki skrajnościom akcja mogła mieć miejsce, bo bez tego byłoby zwyczajnie nudno. W momentach braku rozumienia motywacji bohaterów szybko się to zmieniało, bo tak się w życiu zdarza, że co chwilę ludzie zmieniają zdanie i po prostu głupio postępują. Czasem żałują, a czasem stwierdzają, że błędy są naturalnymi elementami życia. Godzą się z tym i idą dalej, wcale nie przepraszając. Problem pojawia się wtedy, gdy niektórzy czekają na skruchę...
Terapia To może wydawać się śmieszne, ale zarówno Joe, jak i Beck zaczęli chodzić na terapię. Tyle że w jego przypadku unaoczniła ona szamoczące się alter ego. Wtedy padł bolesny strzał dla tych widzów, którzy udawali, że Joe jest tylko dziwny. To było za mało powiedziane. Robił wiele według swoich przekonań i przekraczał cienką czerwoną linię, brodząc sobie bezkarnie w jeziorze brunatnej mazi. Można by pomyśleć, że to jednak niska cena za kolejne trafne śledztwo. Nie stanowi to absolutnie usprawiedliwienia, jedynie pewne wytłumaczenie, które przechodzi przez filtr dalej. I wzbudza... zrozumienie? Jedyną osobą, która nie była w tym serialu łatwowierna, ale sama miała sporo za plecami, była przyjaciółka Beck, Peach (Shay Mitchell). Trzeba przyznać, że okropna harpia z niej była. Ale tak, jak z każdym problemem, człowiek, który zrobi wszystko dla ukochanej, pozbywa się go. Element rozeznania się rozpuszczonej bogaczki w sytuacji fabularnej przez chwilę dawał złudzenie stąpania po twardej powierzchni. Szkoda, że takich elementów było zwyczajnie za mało. Nawet związek Ethana (Zach Cherry) z Blythe (Hari Nef) potraktowany został co najmniej płytko. Zaraz ktoś powie, że to serial głównie o zakochanym świrze i blond piękności. Zgoda, ale co za dużo, to niezdrowo. Scenarzyści tak bardzo chcieli skupić się właśnie na nich, że przedobrzyli. "You" dzięki zróżnicowanym bohaterom i nieprzewidywalności Joe, który chyba z każdym pomysłem coraz bardziej zaskakuje, przyciąga jak magnes. Mimo że sprawa prześladowań budzi niepokój i strach, ten serial staje się fascynujący. Przede wszystkim dlatego, że nikt nie wie, co dokładnie siedzi w głowie protagonisty/antagonisty i co się stanie, gdy podeprzemy go do muru. Wiemy, co jest dla niego najcenniejsze, ale jednak jego przekonujące słowa o nim samym, mogą uśpić czujność. Aby obudzić bestię, wystarczy przecież jeden trafny komentarz. Niepewność budzi niesamowity strach i przez nią popełnia się błędy. Joe i Beck stanowili parę, która ściągała na siebie zagładę literackiej fali, pośród której, jak kukiełki płynęli ich byli kochankowie czy przyjaciele. Nie da się nadzorować swojego życia i świata innych, nie zaniedbując czegoś. Ciężko ten serial ująć w stałe ramy i bezpośrednio stwierdzić, czym jest, jaki gatunek dokładnie przedstawia. Uważam, że taki bilans przemawia na korzyść tej produkcji, bo każdy ruch głównego bohatera może lekko zbić z pantałyku. Ile razy może się udać? Reasumując: najważniejszym punktem dla mnie osobiście było to, że mimo niechęci do odtwórcy głównej roli dałam się wciągnąć w ten świat literackiej fikcji. Maltretowany Joe przez życie, wspomnienia, Mooney’a (właściciela księgarni i opiekuna) stworzył swój własny wymiar i w nim chciał przetrzymać za wszelką cenę dobre wspomnienia. Także te wyprojektowane na siłę. Czy jest winny wszelkiego zła, czy jego zachowanie da się uzasadnić? Mimo że miałam poczucie od mniej więcej połowy, a zwłaszcza od momentu terapii, że fabuła ciągnięta jest na siłę i rozstanie Joe oraz Beck było jak nadchodząca fala, zakończenie tego sezonu było dobre. Mam tutaj na myśli jakiś uporządkowany układ, gdzie pierwsze zdjęcia przedstawiają księgarza w swoim miejscu pracy i ostatnie zdjęcia również. Stanowiło to kompatybilną całość. Na pewno nie rozczarowującą, bo Joe niejako dopiął swego, tyle że nie był w stanie przedłużyć swoich marzeń. On przetrwał na łodzi podczas własnego sztormu alter ego. Sam siebie doprowadził do końca, który jak wiemy ostatnim słowem Goldberga w serialu “You” nie jest. Co z resztą? Czyny, których dokonywał Joe, jakoś uchodziły płazem, bo on sam się nad tym za bardzo nie roztrząsał. Argumentem przemawiającym za także jest to, że reszta bohaterów nie była kompletnie moralnymi osobami w tym świecie i to przekłada się także na mniemanie widzów, którzy rozumieją takie rzeczy. Na pewnym etapie krytykują, ale jednak są świadomi ich powodów i je akceptują. Negacja i banicja sylwetki Goldberga powinna zachodzić w jego świecie.
Co dalej? Jestem zdania, że Penn Badgley nieźle poradził sobie ze swoim zadaniem. Jednak w oczy boleśnie kłuje fakt, że zbyt często udawało mu się jako serialowa postać swoje czyny maskować. Scenarzyści uczynili z niego idealnego bohatera z papierowym spadochronem marysuizmu i to właśnie budziło nieufność. Peach zdemaskowała go, ale to był jedynie procent rykoszetu. Pewnie w drugim sezonie podejrzliwy detektyw będzie miał więcej roboty i dzięki niemu grzeszki stalkera odcisną większe piętno. Mam na to nadzieję, ale zarówno jak czekam na więcej wpadek, tak samo czekam na to, co jeszcze przyjdzie do głowy Goldbergowi. Okaże się, czy w ogóle losy Joe’ego warto było dalej ciągnąć. Szczerze powiedziawszy dla mnie ten koniec, byłby w pełni wystarczający. On i ona, w rachunku ja i TY mieli miejsce. Poznaliśmy niejako modus operandi Goldberga, wielką miłość życia, kryzysy, jak i wielkie porażki. To wszystko zdecydowanie składa się na maleńki sukces oglądalności serialu o nowoczesnym prześladowcy w skórze misia uszatka. Ocena: 6.5/10 Paula



Brak komentarzy: